Zmotoryzowana Warszawa

Pierwszym polskim miastem, w którym pojawił się samochód była Warszawa, tu pojawiły się pierwsze w Polsce autobusy miejskie i światła uliczne, a także tutaj od dekad są największe korki.

Prawa jazdy i podatki

Pierwszym zmotoryzowanym Polakiem był Stanisław Grodzki, właściciela dobrze prosperującego domu handlowego oferującego importowane maszyny rolnicze. Po wizycie w Niemczech i Francji, postanowił sprzedawać w Polsce auta marek Benz i Peugeot.

Benza wypróbował 20 sierpnia 1896 roku. Pięć dni później automobil przejechał Senatorską, Bielańską, Placem Bankowym. Zachęcony sukcesem Grodzki wybrał się wehikułem na Plac trzech Krzyży. 29 sierpnia oberpolicmajster, po sprawdzeniu zwrotności i hamulców, wydał zezwolenie na używanie samojazdu, jak pierwotnie nazywano samochód.

We wrześniu firma Grodzkiego sprzedała pierwszy pojazd, nabywcą był Karol Temler, właściciel największej w królestwie garbarni. Auto spodobało się także publiczności. W ostatnim wydaniu popularnego tygodnika satyrycznego „Mucha” z 1896 roku redakcja zamieściła rysunek nadchodzącego Nowego Roku z podpisem: „Nie po grudzie, nie po lodzie, ale w cwał w samochodzie”.

Automobil stał się modną nowinką. Grodzki został przedstawicielem nie tylko Benza, Peugeota ale i De Dion-Boutona, konkurenci wprowadzili do sprzedaży takie marki jak Clement, De Dietrich, Charron, Daimler, Decauville, Delaunay Belleville, Panhard & Levassor.

Władze szybko zareagowały na pojawienie się nowego typu pojazdu i przygotowały przepisy regulujące ruch samochodowy, które zaczęły obowiązywać 22 listopada 1901 roku. Przedsiębiorcy szybko wykorzystali sytuację, powołując w tym samym roku spółkę transportu samochodowego Freeze i S-ka. Rozpoczęła działalność kilkoma 6-osobowymi omnibusami w 1902 roku, gdy władze stolicy zarejestrowały wszystkich 28 samochodów.

Lokalny przemysł wywalczył cła, co miało zachęcić do uruchomienia produkcji lokalnej. Stało się to w 1904 roku, gdy mechanik Wincenty Schindler oraz inż. Henryk Brzeski zbudowali w warszawskiej fabryce powozów W. Romanowski dwa bliźniacze omnibusy z francuskimi silnikami. Autobusiki obsługiwały linię komunikacyjną pomiędzy Trawnikami, Krasnymstawem i Tomaszowem Lubelskim. W tych miastach znajdowały się cukrownie, które zapewniały pracownikom dobre zarobki.

Władze szybko wpadły na pomysł opodatkowania właścicieli samochodów oraz odpłatnego wystawiania praw jazdy. Pierwszym inspektorem technicznym i egzaminatorem kierowców był inż. Szczepan Szczeniowski. Zaczął pracę w magistracie warszawskim w 1894 roku jako kierownik laboratorium mechanicznego materiałów do budownictwa. W owym czasie nie było podobnej placówki w Warszawie.

Inż. Szczeniowski był nie tylko inspektorem technicznym i egzaminatorem, ale i poborcą podatku w wysokości 3 rubli rocznie od konia mechanicznego. W 1905 roku powstał w Warszawie Automobil Klub, którego przedstawiciel wspólnie z delegatem władz administracyjnym oraz inż. Szczeniowskim tworzyli pierwszą komisję egzaminacyjną. Wśród kandydatów na kierowców przeważali mechanicy, ślusarze i technicy, entuzjaści samochodu. Cechowała ich zarówno ciekawość jak i ostrożność w prowadzeniu samochodu. Prawo jazdy można było mieć od 18 lat, ale przeważali starsi.

Najstarszym kierowcą podczas obchodzonego w 1935 jubileuszu Związku Zawodowego Automobilistów RP był Jan Kumor, który prawo jazdy uzyskał w 1904 roku i jeździł 1-cylindrowym De Dion Boutonem. Samochód należał do gruzińskiego księcia Nahaszidze. Prawo zezwalało Kumorowi na jazdę z maksymalną prędkością 20 wiorst na godzinę. W 1937 roku p. Kumor był nadal czynnym kierowcą.

W pierwszych latach przybywało rocznie po sto aut, a nabywcy wybierali najróżniejsze marki i napędy. Jeden z magnatów z Kongresówki zakupił w 1908 roku elektryczny samochód o mocy 8 KM. Podobną moc miały auta wyposażone w silniki benzynowe. Dwa lata późnej pojawiły się pierwsze Fordy. W tym samym roku angielski przemysłowiec z Marek, niejaki Briggs, sprowadził do Polski pierwszego Rolls-Royce’a. W 1913 roku tylko w Warszawie było 217 samochodów.

 

Mandaty i semafory

Po zakończeniu Wielkiej Wojny, która doszczętnie zrujnowała Polskę, samochody miało tylko wojsko. Do końca 1923 roku wojsko pozbyło się kilkuset ciężarówek. Było to pierwsze zasilenie cywilnego rynku taborem.

Warszawa uruchomiła w grudniu 1920 roku stałe linie autobusowe komunikacji miejskiej. Obsługiwane przez sprowadzone z Austrii Saurery z piętrową zabudową, zastępowały połączenia tramwajowe.

Witold Rychter w książce „Moje dwa i cztery kółka” opisywał pracę na tych autobusach zimą 1922 roku: „Nie sprawiał mi trudności brak pedału przyspieszenia, zastąpiony dźwigienką na kole kierownicy. Dawałem sobie również radę z tym kołem, obracającym się bardzo ciężko i brutalnie reagującym na wszelkie nierówności i dołki na jedni. Autobus bardzo trząsł, szczególnie, gdy był mało obciążony, a przyczyniało się do tego masywne ogumienie, nie łagodzące wstrząsów na nierównościach. Były też kłopoty z hamowaniem przy użyciu hamulca nożnego, działającego bardzo mało skutecznie. Istniała natomiast możliwość hamowania silnikiem, gdy dźwigienkę gazu przestawiało się poza zero w stronę przeciwną. Wtedy silnik spełniał rolę hamującą, nawet dość poważną, jeżeli włączona była właśnie niska przekładnia. (...) Ale ile nerwów kosztowało mnie poranne uruchomienie silnika! Trzeba było najpierw wykręcić świece z czterech cylindrów i korbą rozruchową (rozruszniki nie były jeszcze stosowane) obrócić kilkanaście razy wał korbowy, aby nieco poruszyć warstwę oleju zastygłego na ściankach czterech wielkich cylindrów. Następnie świece trzeba było zagrzać w puszce po konserwach, w której zapalało się kwaterkę benzyny. Gdy świece były już gorące, należało szybko je wkręcić w głowice cylindrów i natychmiast usiłować uruchomić silnik, kręcąc korbą rozruchową. Oczywiście konieczne było korzystanie z odprężnika (zwanego dekompresatorem), umożliwiającego w ogóle obrócenie wału korbowego, gdyż sprężanie w olbrzymich cylindrach było nie do przezwyciężenia. (...) Gdy tylko silnik ruszył, należało kocem otulić chłodnicę, a do niej powoli wlać ze dwadzieścia litrów wody, o którą trzeba było się gdzieś w okolicy postarać. Wiadro i konewkę woziło się zawsze w autobusie. Dopiero gdy silnik zagrzał się tak, aby woda w otworze wlewu chłodnicy parzyła włożony tam palec, można było zdjąć koc i usiłować ruszyć, przezwyciężając zastygły smar w skrzynce biegów i przekładni głównej.”

W 1923 roku w województwie warszawskim było 75 ciężarówek oraz 35 samochodów osobowych należących do cywilnych właścicieli. Rok później liczba aut wzrosła do 262, a wszystkich pojazdów mechanicznych do 425. W 1926 roku liczba pojazdów mechanicznych przekroczyła 1200 sztuk, w tym ponad 700 stanowiły modele osobowe.

Władze miasta przeprowadziły latem 1926 roku pomiary ruchu. Okazało się, że najbardziej obciążona była Bracka, przez którą przejeżdżało 11 976 pojazdów (przede wszystkim konnych) na dobę, następnie Marszałkowska róg Złotej (10 381) i róg Nowogrodzkiej (14 113), Wierzbowa róg Trębackiej (10 265) i Granicznej (7 140). Najwięcej pojazdów korzystało z wylotówki Wolskiej (4 530), najmniej z Modlińskiej (758). Największe natężenie ruchu pojazdów zmierzono między 17 i 18.

Dla ojców miasta ruch był na tyle duży, że postanowili ująć go w karby nowych przepisów. Magistrat zobowiązał w 1926 roku policję do nakładania kar: „za niepalenie świateł” i „sygnalizowanie innym sygnałem niż trąbką” – po 1 zł, za „przejeżdżanie na lewą stronę jezdni” – 2 zł oraz 3 zł za brak prawa jazdy.

Od września do października 1926 roku policja w Warszawie wystawiła 84 kary za używanie innych sygnałów niż trąbka. Ruch samochodowy był jednak na tyle mały, że większość kar nakładanych przez policję dotyczyła pieszych. Stróże prawa ukarali 3805 osób za wskakiwanie i wyskakiwanie z tramwajów, 447 osób za przebieganie lub stawanie na jezdni, 292 osoby za czepianie się tramwajów lub dorożek.

Magistrat pomyślał także o ułatwieniach dla zmotoryzowanych, którzy coraz częściej stali w korkach na wąskich ulicach Śródmieścia. W listopadzie 1926 roku wydział techniczny ratusza postanowił zakupić za granicą cztery wielkie lampy sygnałowe, „które będą ustawione na najruchliwszych skrzyżowaniach. Cena instalacji wyniesie ok. 7 tys. zł” donosiły warszawskie gazety.

W kwietniu 1927 zapadła decyzja, że semafory staną na rogu Al. Jerozolimskich i Marszałkowskiej, kierować nimi będzie policjant w budce. Jesienią 1927 roku 480 posterunkowych zostało przeszkolonych w sterowaniu ruchem, bo ich wcześniejsza praca „pozostawiła wiele do życzenia”, jak z przekąsem stwierdziła prasa.

W 1928 roku na Kruczej magistrat zaplanował światła na skrzyżowaniu w związku z uruchomieniem komunikacji autobusowej. Światła zmieniały się na 30 sekund po naciśnięciu stalowej płyty na jezdni.

 

Szaleję za tobą

O ile w pierwszym okresie automobilizmu o prawo jazdy ubiegali się mechanicy i ślusarze, a liczba wydanych dokumentów nie przekraczała setek, to w szalonych latach dwudziestych do egzaminu przystępowały nawet aktorki, a uprawnienia wydawano w tysiącach. W 1927 roku do końca maja Oddział Ruchu Ulicznego Komisariatu Rządu Warszawy wydał 9 783 praw jazdy.

W podobnych proporcjach gęstniał ruch uliczny. W 1927 roku przez skrzyżowanie Marszałkowskiej ze Złotą przejechało 4,6 mln pojazdów (w tym 2,2 mln aut osobowych), Granicznej z Królewską 4 mln (w tym 1 mln osobowych), Wierzbowej z Trębacką 3,2 mln (2 mln osobówek), Nowego Światu ze Świętokrzyską 2,9 mln (1,6 mln osobówek).

Magistrat powtórnie uszczegółowił przepisy w 1928 roku określając, że strzałki do sygnalizacji skrętu są obowiązkowe i do tego tylko w kolorze pomarańczowym. Zielone strzałki przysługują wyłącznie straży ogniowej, sanitarkom i policji.

Wymienione służby coraz częściej były wzywane do wypadków ulicznych. Wg danych pogotowia ratunkowego liczba opatrzonych, rannych w wypadkach drogowych z udziałem samochodów i motocykli wyniosła w pierwszych czterech miesiącach 1928 roku 261 osób: w styczniu 64, w lutym 38, w marcu 61, w kwietniu 98. W tym samym czasie w 1927 roku liczba ofiar wypadków samochodowych wyniosła 199, a w całym roku 596 osób.

Satyryczna „Mucha” niski stan bezpieczeństwa ruchu drogowego skwitowała rysunkiem, na którym kobieta pyta posterunkowego o uroczystość, które odbywają się za jego plecami.

- To, proszę pani, dekorują medalem zasługi szofera, który w ubiegłym miesiącu nikogo nie przejechał – odpowiada stróż prawa.

Nawet kryzys gospodarczy nie schłodził namiętności warszawian do motoryzacji, choć liczba zarejestrowanych pojazdów zmalała. W 1930 roku można było w Warszawie kupić tak luksusowe marki jak Bugatti, Delage, Pierce-Arrow i Packard. Znany satyryk Marian Hemar ubolewał, że wybitnych polskich artystów nie stać na te samochodowe cudeńka i w 1930 roku proponował, aby tradycyjną mowę kwiatów zastąpić mową samochodów. Np. on daje jej Delage, co oznacza „Nie kocham cię już”, na co ona mu Packarda: „Szaleję za tobą”.

Pomysł nie przyjął się, zaś władze państwa jak i samorządowe traktowały zmotoryzowanych przedsiębiorców jak dojną krowę. W 1934 roku Warszawie właściciele przeszło 500 taksówek wstrzymali się od zarejestrowania aut z powodu wysokiego podatku bieżącego, wynoszącego 186 zł oraz rat podatku zaległego i opłat rejestracyjnych, co razem dawało 300 zł. Pozostałych pięciuset właścicieli szczęśliwie przebrnęło przez rejestrację i uzyskiwało dzienne obroty 8-10 zł. Przedsiębiorcy skarżyli się, że przed nowelizacją podatek od taksówki wagi 1120 kg wynosił 360 zł, a po nowelizacji, po której wszyscy spodziewali się obniżki, podskoczył na 420 zł. Do tego dochodził podatek od paliwa: taksówka przeciętnie spala rocznie 2 tys. litrów benzyny, co dawało przy 12 groszach od litra 240 zł podatku.

Fiskalizm nie dotyczył jednak osób korzystających z samochodów do celów prywatnych. Krytyka pazernego fiskusa sprawiła odkręcenie podatkowej śruby dla tej grupy użytkowników, co przełożyło się na wzrost liczby rejestracji. Według danych Ministerstwa Robót Publicznych 1 stycznia 1934 roku w mieście stołecznym Warszawie zarejestrowanych było niemal 2,6 tys. samochodów osobowych, o 10 proc. więcej niż w połowie 1933 roku. W całym kraju władze zarejestrowały 13,6 tys. aut osobowych. W województwie warszawskim (bez miasta) było ich 863, zaś w nowogrodzkim 85, w poleskim o jedno mniej.

Wśród właścicieli samochodów byli też ulubieńcy publiczności: gwiazdy sceny i ekranu. W 1933 roku Mira Zimińska miała auto o numerze rejestracyjnym 22086, natomiast Jadwiga Smosarska 20248.

 

Publiczność oswaja się z motoryzacją

Lepsza koniunktura i rosnący ruch uliczny pociągnęły za sobą wzrost liczby wypadków drogowych. Od maja do listopada 1936 roku w Warszawie było 361 rannych i 21 zabitych, rok później 768 rannych i 41 zabitych. W całym 1937 roku na ulicach Warszawy zginęły 53 osoby, a 1185 odniosło rany.

Do uporządkowania ruchu miały przyczynić się kolejne semafory świetlne, tym razem automatyczne. W październiku 1937 roku władze miasta ustawiły pierwsze automaty świetlne do regulacji ruchu ulicznego na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Złotej oraz Siennej i Sienkiewicza. Sterowanie znajdowało się w małym metalowym słupku obok sygnalizatora. Pierwszy automat polskiego wyrobu wisiał nad skrzyżowaniem Al. Jerozolimskich z Nowym Światem, ale szwankował i został zdjęty.

Sygnalizatory świetlne pojawiły się 5 lutego 1939 roku na kolejnych skrzyżowaniach: Marszałkowskiej z Al. Jerozolimskimi, Al. Jerozolimskich z Bracką i z Nowym Światem oraz 3-go Maja. „Publiczność oswaja się powoli na tych dalszych skrzyżowaniach.” stwierdzał Ilustrowany Kurier Codzienny (zwany Ikacem). W sierpniu 1939 roku w Warszawie było 6 skrzyżowań z automatyczną sygnalizacją świetlną.

W styczniu 1939 roku właściciele taksówek w Warszawie zwrócili się do władz administracyjnych z propozycją zmniejszenia dotychczasowej granicy szybkości jazdy w mieście do 40 km/h. Właściciele motywowali projekt zmniejszenia szybkości dużymi stratami, które ponieśli w ostatnim czasie wskutek znacznej liczby wypadków samochodowych spowodowanych bardzo ciężkimi warunkami atmosferycznymi, poślizgiem itp.

Piratów drogowych nie brakowało także wśród taksówkarzy. IKC donosił: „We wtorek 7 lutego 1939 roku o godz. 18.15 gnał jak po śmierć ulicą Zgody od Chmielnej do Sienkiewicza, z szybkością co najmniej 60 km/h prowadzący Chevroleta TO2916. Taksówka szła bez pasażera. Na rogu Zgody i Sienkiewicza skrzyżowała się z samochodem prywatnym, idącym ul. Sienkiewicza od Marszałkowskiej ze średnią szybkością. Zaledwie kilkudziesięciu centymetrów brakowało do nowej tragedii. Na rogu Marszałkowskiej szalonego kierowcę zatrzymał sygnał czerwony. Nowy przykład karygodnego lekceważenia sobie cudzego i własnego życia i mienia!” grzmiał oburzony Ikac.

Znacznie spokojniej jeździli kierowcy samochodów ciężarowych. Warszawa była siedzibą ponad 80 firm transportu drogowego, jednak na jej ulicach królowały konne platformy.

Przykładem stateczności byli także kierowcy autobusów miejskich, których na koniec marca 1939 roku Warszawa miała 132. W kwietniu i lipcu 1939 roku Dyrekcja tramwajów i Autobusów rozpisała przetarg na 200 autobusów na podwoziu Chevroleta. Dostawy nadwozi wygrała firma Bielany, jednak kilka miesięcy później cały ten świat zniknął pod uderzeniem Niemców i Rosjan, ale problemy komunikacji i ruchu drogowego pozostały do dziś takie same.

 

T&M nr 9/2022

Tekst: Robert Przybylski

Zdjęcia: Narodowe Archiwum Cyfrowe

 

              Obejrzyj online    OBEJRZYJ ONLINE