Wojenne losy firmy „W. Węgiełek”
Spółka przetrwała okres bombardowań, masowych egzekucji, ale straciła założycieli, zamordowanych przez niemieckich okupantów.
„Tak się złożyło, że na swoją pierwszą w życiu wycieczkę zagraniczną wybrałem się 15 sierpnia 1939 r. Łatwo się przeto domyślić, że planów wycieczkowych nie mogłem zrealizować do końca: po zwiedzeniu Wiednia, Strasburga i Paryża powracałem do Warszawy pośpiesznie, już po zamknięciu granicy niemiecko-polskiej, okrężną trasą via Marsylia - Nicea - Lublana - Budapeszt - Ławoczno.” – wspominał Władysław Węgiełek jr w artykule „Z historii firmy W. Węgiełek i S-ka” opublikowanym w 1975 roku w trzynastym numerze Rocznika Warszawskiego.
„Wiadomość o wybuchu wojny dosięgła mnie rankiem 1 września na granicy jugosłowiańsko-węgierskiej. Dopiero jednak 3 września udało mi się dojechać do zbombardowanego Lwowa, zaś 5 września wieczorem, przeżywszy bombardowanie stacji kolejowych w Rejowcu oraz w Garwolinie, dotarłem do zaciemnionej wojennej Warszawy.”
Dodawał, że pracownicy firmy Węgiełek i S-ka zostali w większości zmobilizowani, podobnie jak wszystkie samochody ciężarowe oraz dziewięć koni. Firma pozostała praktycznie prawie bez taboru. Jej biuro zostało zamknięte, zaś księgi firmowe przewiezione do mieszkania właściciela przy Marszałkowskiej 8. „Wkrótce po tym ojciec postanowił przeprowadzić się z Marszałkowskiej, gdzie zajmowaliśmy mieszkanie na najwyższym, piątym piętrze, do domu firmowego przy Ogrodowej 65” opisywał Władysław Węgiełek jr.
W tym samym czasie Węgiełek senior zgłosił się do dyspozycji Stołecznego Komitetu Samopomocy Społecznej, gdzie otrzymał polecenie zorganizowania Sekcji Transportowej Komitetu. „Dzięki współdziałaniu z dyrektorem Henrykiem Oppenheimem z browaru Haberbusch i Schiele, który zgodził się ofiarować na ten cel kilka par koni, oraz z dyrektorem Towarzystwa Ubezpieczeń Arturem Śliwińskim, który wydzielił w gmachu Towarzystwa przy Jasnej 3 lokal biurowy, Sekcja rozpoczęła wkrótce działalność w oblężonej Warszawie, opierając się na taborze browaru i na resztkach taboru firmy Węgiełek. (…) W trudnych warunkach nieustannego ostrzału artyleryjskiego oraz bombardowania z powietrza – codziennie przewożono chleb i żywność na potrzeby wysiedlonej ludności pozostającej pod opieką SKSS. Ponadto tabor Sekcji uczestniczył w kilku akcjach ratowania żywności, jak np. w rozładunku wagonów ze zbożem stojących na torach rozładunkowych „Syberia” – pod ogniem artyleryjskim, w wywożeniu zboża z palących się magazynów żywnościowych przy Stawkach itp.” wyliczał Węgiełek jr.
Podczas najcięższego bombardowania miasta, 25 września, gdy 400 niemieckich bombowców zrzuciła na Warszawę 630 ton bom zapalających i burzących, spłonęły doszczętnie składy firmowe przy Ogrodowej 62 i Srebrnej 2. Udało się uratować jedynie firmowy budynek mieszkalny przy Ogrodowej.
Rodzinna tragedia
„Dopiero 1 stycznia 1940 r. zdecydował się ojciec na wznowienie działalności firmy. Dalsze kierownictwo Sekcją Transportową SKSS przekazaliśmy wysiedlonemu z Gdyni ajentowi ubezpieczeń nazwiskiem Nawrocki. Niedawno wybudowane składy i stajnie przy Laskowej 4/6 szczęśliwie ocalały i tam też zaczęliśmy ściągać resztki taboru: trzy meblowozy z barykady przy Marymonckiej, jeden meblowóz tarasujący jakąś bocznicę kolejową na Bielanach i inne” wymieniał Władysław Węgiełek jr.
Przyznawał, że „Rozruch przedsiębiorstwa oraz przystosowywanie go do warunków okupacyjnych postępowały opieszale, a zwłaszcza bez wiary w celowość podejmowanych wysiłków.”
Majątek państwa polskiego uległ konfiskacie i przeszedł pod zarząd Haupttreuhandelstelle Ost (HTO). Każda polska własność mogła zostać przejęta przez Niemców. W latach 1940-1941 tylko z Warszawy Niemcy wywieźli 700 wagonów maszyn i urządzeń, podkreślał we wspomnieniach Feliks Młynarski.
Niemcy podporządkowali firmę podporządkowani przymusowemu zrzeszeniu (Zwangsverband) przewoźników, kierowanemu przez Hpt. Oschmanna, nastąpiły ograniczenia paszowe. „W kilku transportach mebli złożonych w magazynach przy Laskowej znaleźli Niemcy aparaty radiowe, które powinny były być oddane władzom okupacyjnym — tym razem udało nam się zasłonić nowo wydanym zarządzeniem zwalniającym spedytorów od obowiązku sprawdzania zawartości ładunków.”
Rankiem, o godz. 8, 30 marca 1940 roku Niemcy aresztowali Władysława Węgiełka seniora z żoną Kazimierą i synem Jerzym. „Aresztowanie odbyło się zresztą bez zwykłej w takich przypadkach brutalności: elegancki oficer SS usłużył nawet mojej matce ramieniem przy wsiadaniu do nie mniej eleganckiej czarnej limuzyny. A jeszcze przedtem, w mieszkaniu, oceniwszy, że mój drugi brat, Tadeusz, jest za młody, aby go aresztować (miał dopiero 13 lat), przykazał naszej gosposi, Marii Kagankiewicz, otoczenie go troskliwą opieką „aż do rychłego powrotu rodziców” zaznaczał Władysław jr. Udało mu się uniknąć losu rodziców, ponieważ przebywał w mieszkaniu naprzeciwko.
W dniu tym Niemcy aresztowali ok. 1000 osób, głównie spośród warszawskiej inteligencji, traktując je jako zakładników. Nie udało się uwolnić członków rodziny, 2 maja 1940 roku ojciec i brat Władysława juniora zostali wywiezieni do obozu koncentracyjnego Mauthausen-Gusen. Niemcy zamordowali obu 11 listopada 1940 roku „dla uczczenia rocznicy dojścia Hitlera do władzy”. Matkę rozstrzelali 21 czerwca 1940 roku w Palmirach.
Współodpowiedzialność za dalsze prowadzenie firmy przyjął na siebie Edmund Baum, podstawą jej działalności pozostawało magazynowanie i transport papieru. „Zmieniła się natomiast struktura obrotów papierem: przeważająca cześć dystrybucji została powierzona polskim hurtownikom, których firma nasza pozyskała jako klientów. Rozszerzył się przy tym asortyment towarów, który obejmował także tekturę i karton, oraz zasięg dystrybucji — na cały dystrykt warszawski. Skomplikowała się także obsługa klientów nie tylko z uwagi na dwuszczeblowość dystrybucji, lecz i w związku z wprowadzeniem inkasa bankowego, jak też z powodu konieczności dokonywania odpraw celnych większości nadchodzących ładunków” wskazywał Wł. Węgiełek jr.
Tłumaczył, że nowe wymogi zwiększały gwałtownie zapotrzebowanie na powierzchnię magazynową i wkrótce magazyny przy Laskowej okazały się niewystarczające. „Wydzierżawiliśmy więc na ten cel kilka obiektów, przeważnie pofabrycznych: przy Grzybowskiej 43a, Pawiej 77, Nowolipiu 2 i 74. Niezależnie od branży papierniczej przyjęto do obsługi kilku polskich hurtowników innych branż, np. chemicznej. Działalności w zakresie magazynowania mebli w tym okresie nie kontynuowano, natomiast w dalszym ciągu wykonywano przeprowadzki” zaznaczył syn założycieli.
Wspominał, że kierownikiem taboru oraz magazynierem przy Laskowej został st. sierżant zawodowy Wojciech Cupryś, który potrafił utrzymać wzorowy porządek i dyscyplinę pracy. (W czasie Powstania Warszawskiego brał on udział w walkach partyzanckich w Puszczy Kampinoskiej. Zginął w ostatnim dniu Powstania w walkach na Żoliborzu).
Firma lokowała główne inwestycje przy Laskowej. „Cały plac został wybrukowany, wybudowaliśmy szopę wzdłuż głównego magazynu oraz potężną wiatę pomiędzy garażem i stajnią, przeznaczając je na magazynowanie papieru. Z myślą o powojennym rozwoju firmy zamówiliśmy plany rozbudowy całego obiektu. Spłacane były również niektóre długi hipoteczne. Wszystko to pozwalało na częściowe oderwanie myśli od rozgrywających się tragedii i wypadków.”
Okupacyjna rzeczywistość
„Węgiełek i S-ka” uzupełniała personel młodymi ludźmi, „którym należało zapewnić zatrudnienie”. „Pomimo ich niefachowości mieliśmy z nimi daleko mniej kłopotów niż z samym prowadzeniem przedsiębiorstwa” przekonywał Węgiełek jr.
Zaopatrzenie w paszę było ściśle reglamentowane, a przydziały mieszanki paszowej zapewniały zaledwie 25—30 proc. wyżywienia koni. „Resztę trzeba było zdobywać we własnym zakresie, co w Warszawie nie było ani łatwe, ani zbyt bezpieczne. Nieraz, na przednówku, w poszukiwaniu paszy dla koni wyjeżdżałem meblowozem daleko za Karczew. Rezultaty tych poszukiwań były przeważnie mizerne, a mimo to tył meblowozu trzeba było maskować dla ostrożności meblami” zastrzegał Wł. Węgiełek jr.
Innym razem kierownictwo przymusowego związku przewoźników wezwało jego w pilnej i ważnej sprawie. „Okazało się, że jacyś Niemcy przybyli z Reichu w celu zorganizowania regularnej komunikacji samochodami ciężarowymi na trasie Warszawa — Lwów — Kijów i w tym celu poszukują w Warszawie bazy dla swych zespołów samochodowych. Wybór ich padł na naszą posesję firmową przy Laskowej. Uspokajano nas, że prawa firmy zostaną uszanowane i że Niemcy wejdą na teren na zasadzie poddzierżawy. Wiadomo było jednak z góry, czym to się może skończyć, tym bardziej że przybysze dysponowali poleceniem „samego” Franka, aby czynić im wszelkie ułatwienia” opisywał Węgiełek.
W desperacji zagrał va banque i oświadczył, że nie może zgodzić się na jakiekolwiek ograniczenie swobody działania firmy, ani na podział odpowiedzialności na jednym terenie i że Niemcy mogliby wejść na teren jedynie w wypadku upaństwowienia firmy. „Liczyłem przy tym, że przeprowadzenie odpowiednich formalności nie byłoby najłatwiejsze z uwagi na zaangażowanie firmy w obsługę branży papierniczej, a w każdym razie odsunęłoby sprawę na dalszy okres. Nie omyliłem się: widocznie dla Niemców sprawa była pilna, bo zrezygnowali z dalszych starań o Laskową” dodawał z ulgą.
Na początku 1943 roku w Generalnej Guberni zaczęły ogłaszać się niemieckie firmy transportowe i spedycyjne: K.F.W. Transporte Karl Friedrich Weise, z biurem w Krakowie i spedycja Walter Kubenz Ostdeutsche Spedition z biurami w Krakowie, Lublinie i Radomiu. Reklamowała się transportem samochodowym z każdego miejsca w GG. Firma matka o nazwie Kube & Kubenz miała siedzibę w Berlinie i biura w Frankfurcie n M., Koblencji, Lipsku, Mannheim oraz w Westfalii.

Poza niemiecką konkurencją innego rodzaju niebezpieczeństwo groziło polskim przedsiębiorstwom ze strony niemieckich instytucji powierniczych, odprowadzających tzw. „nadmierne zyski wojenne" na rzecz skarbu Rzeszy. „Do firmy zgłosił się rewident takiej instytucji p.f. „Donauländische Treuhand- u. Organisationsgesellschaft", który po przejrzeniu ksiąg stwierdził bez trudności, że nie przybył na próżno. Zainteresował się wzorową, jak się wyraził, organizacją przedsiębiorstwa i wyraził zdziwienie, że w tak młodym wieku daję sobie radę z prowadzeniem tak dużej instytucji (Edmund Baum już w firmie nie pracował, o czym niżej). Od słowa do słowa, wypaliłem mu całą prawdę o właścicielach firmy i ich losach. Niemiec słuchał zupełnie zdruzgotany, widać było, że pragnie jak najprędzej opuścić biuro. Poprosił tylko o sporządzenie jakichś zestawień, określając termin ich przygotowania na pół roku, i... więcej go nie zobaczyłem.”
Niebezpieczeństwa czaiło się na każdym kroku. „Na przykład, podczas przypadkowej (a może celowej?) kontroli naszych magazynów zainteresowała Niemców duża skrzynia, w której, według zapisu w kartotece magazynowej, powinna była znajdować się jakaś bliżej nie określona maszyna.
Rzeczywiście — była tam maszyna, ale drukarska. Fatalna sprawa! Długo trzeba było przekonywać Niemców, że według istniejących przepisów nie mieliśmy obowiązku sprawdzania zawartości skrzyni oraz że nie przyszło nam na myśl legitymować klienta, który oczywiście podał fikcyjne nazwisko. Wreszcie dali nam spokój, a maszynę przewieźli do pobliskiej składnicy złomu Georga Bindera.
Nazajutrz otrzymałem telefon od zainteresowanego klienta, przepraszający za nieprzyjemności oraz informujący o wykupieniu maszyny ze składnicy złomu. Nawet się temu zbytnio nie dziwiłem, w tamtych czasach bowiem zdarzały się jeszcze dziwniejsze sytuacje. Zastanowiło mnie tylko, skąd dowiedziano się o przewiezieniu maszyny do Bindera. Nieco później dopiero powiązałem tę sprawę z osobą naszego pracownika Wojciecha Cuprysia, który, jak się okazało, był członkiem konspiracji.”
W czasie okupacji życie można było stracić w każdej chwili. „Na ul. Chłodnej, w pobliżu kościoła Św. Karola Boromeusza stała grupa ludzi czekając na przejście na druga stronę. Ulicą jechała kolumna samochodów niemieckich. W pewnej chwili jeden wóz wyskoczył z kolumny i wjechał na chodnik, zgarniając kilka osób pod koła. Nie zatrzymując wozu wykręcił i odjechał na swoje miejsce w kolumnie. Wozy utrzymywały odległość rozumiejąc, że kolega zrobił wypad i zaraz wróci na miejsce. Ten wypad kosztował dwa życia ludzkie” wspominał jeden z dni 1942 roku Zygmunt Frączkowski, w powstaniu „Zioma”.
Wielka kradzież papieru
W latach 1941—1942 dokonywane były systematyczne kradzieże papieru gazetowego przeznaczonego dla drukarni „Nowego Kuriera Warszawskiego”. Z magazynów zniknęło 1500 ton wartości przeszło 400 mln zł.
„Tak wielka kradzież była możliwa dzięki nieudolności niemieckiego kierownictwa drukarni przy ul. Marszałkowskiej 3/5 („Dom Prasy”), co skwapliwie wykorzystali tamtejsi magazynierzy” uważał Węgiełek jr.
Tłumaczył, że zapasy papieru drukarni gromadzone były w magazynach firmy Węgiełek, zaś przy Marszałkowskiej 3/5 znajdował się tylko magazyn podręczny, o pojemności kilku wagonów. Dla obu składów Niemcy prowadzili wspólną kartotekę zapasów, z czego skorzystali magazynierzy drukarni, dokonując kradzieży oraz wyrównując w miarę potrzeby stan towarów w obydwu magazynach z bieżących dostaw lub przy pomocy odpowiednich przerzutów pomiędzy magazynami.
Proceder wydał się przypadkowo. „W końcu r. 1942, w związku z niepowodzeniami wojsk niemieckich na froncie wschodnim, zarządzono na terenie G.G. tzw. „szperę wagonową”. Przedtem jednak zwrócono się do większych odbiorców kolei o podanie aktualnych stanów towaru. Ponieważ kartoteki (ale już nie magazyny) „Domu Prasy” wykazywały wówczas zapas wystarczający na trzy miesiące, zdecydowano wstrzymać na ten okres wszelkie nowe dostawy. Teraz wszyscy zorientowani w sytuacji mogli dokładnie wyliczyć, kiedy nastąpi „wybuch wielkiej bomby”, zaalarmowana przez kierownictwo „Domu Prasy” komisja przybyła z Krakowa, następnie – z Berlina i dopiero po tym gestapo. Ostudziło to nieco pierwszy impet Niemców”.
Zarząd firmy „Węgiełek” przekonał obie komisje „o niezaangażowaniu firmy w sprawę kradzieży, przy czym „koronnym” dowodem były nasze kartoteki magazynowe oraz przesyłane okresowo remanenty. (Pomimo iż obowiązywały nas remanenty roczne, w r. 1942 przesyłaliśmy je dla pewności co kwartał.) Obawialiśmy się początkowo, że Niemcom może się taka gorliwość wydać podejrzana, uznali ją jednak za dowód naszej solidności, stwierdzając w konkluzji dochodzeń: „der Spediteur ist unschuldig”.
Gestapo jednak aresztowało nie tylko dwu Niemców: głównego księgowego i jednego z dyrektorów „Domu Prasy”, ale także Edmunda Bauma.
Władysław junior także był podejrzany. „Przybyło po mnie dwu umundurowanych i dwu cywilnych gestapowców, ale jakoś się „wyłgałem” od zaaresztowania. Był to chyba mój życiowy speech: powitałem ich z emfazą, ciesząc się, że nareszcie właściwa władza zajęła się ta pożałowania godną sprawa („Czy panowie wiedzą, że skradziono 100 wagonów papieru?”), że mnie właśnie najbardziej zależy na wyświetleniu do końca tej przykrej afery, która przecież rzutuje w jakiś sposób na dobre imię firmy – pomimo całkowitego braku jej winy („Czy panowie wiedzą, że obydwie komisje badające tę sprawę stwierdziły, że... itd.”), że deklaruję współudział w dalszych dochodzeniach, ale mogę oczywiście zeznawać tylko w moim biurze, gdzie znajdują się jedyne wiarygodne dokumenty, na których można się oprzeć, a ponadto nie mogę opuścić biura, bo naraziłoby to na szwank zarówno bieżące interesy „Domu Prasy” („wszak ma on do firmy w dalszym ciągu całkowite zaufanie”), jak też byłoby niedopuszczalne ze względu na konieczność terminowego rozładunku wagonów („Panowie wiedzą: die Räder müssen rollen für den Sieg” – trochę się zląkłem w tym momencie, czy nie przeszarżowałem...).”
„Zaskoczeni – a może i rozbawieni – taką zapewne dla nich niecodzienną oracją delikwenta, gestapowcy zrezygnowali z zamiaru zatrzymania mnie i odtąd zeznawałem „z wolnej stopy”.
Jednocześnie starał się o zwolnienie Edmunda Bauma, co jednak udało się dopiero po kilku miesiącach. „Więzienie stało się dla niego tak wielkim przeżyciem — pamiętał przecież niedawną tragedię swych przyjaciół, a moich najbliższych! — że bezpośrednio po zwolnieniu, w końcu r. 1943, zrezygnował z dalszej współpracy z naszą firmą.”
Władysław Węgiełek jr. był dwukrotnie wzywany w al. Szucha na przesłuchanie przez energicznego i na szczęście rzeczowego oficera, którego dość szybko przekonał, że nonsensem jest szukanie powiązań tej sprawy z jakąkolwiek organizacją podziemną – a to go wyłącznie interesowało. Na czarnym rynku papieru było pod dostatkiem, o czym świadczył fakt obniżenia ceny tego artykułu z 5 do 1 złotego w jednym zaledwie roku.
Powstanie Warszawskie przyniosło przedsiębiorstwu zagładę: spaliły się budynki i tabor przy Laskowej, biuro przy Trębackiej, razem z księgami firmy, oraz składy przy Grzybowskiej i Pawiej. Dom firmowy przy Ogrodowej 65, który przetrwał Powstanie, został po jego upadku podpalony przez Verbrennungskommando.
Korzystałem ze wspomnień Władysława Węgiełka jr. „Z historii firmy W. Węgiełek i S-ka” opublikowanych w Roczniku Warszawskim nr XIII z 1975 roku, ze „Wspomnień” Feliksa Młynarskiego i książki Anieli Sierakowskiej „Cały naród walczył”.
T&M nr 4/2026
Tekst: Robert Przybylski
Zdjęcia: Narodowe Archiwum Cyfrowe














