Sezon jest latem

Ze Zdzisławem Pleńkowskim, właścicielem firmy Bosch Service Pleńkowski w Działdowie (Warmińsko-Mazurskie) rozmawia Jacek Dobkowski

 

Jacek Dobkowski: – Z jakimi samochodami kierowcy do pana przyjeżdżają?

Zdzisław Pleńkowski: – Głównie z dostawczymi, także z osobowymi i ciężarowymi. Obsługujemy firmy, które posiadają samochody dostawcze. Mamy umowy na ich naprawy, na przykład są to auta powiatowego zarządu dróg. Jesteśmy długo na rynku, klienci znają nasz warsztat.

 

JD: ­– Jeśli chodzi o rodzaj awarii to jest mechanika, elektronika?

ZP: – Mechanika, elektronika w szerokim zakresie. Blacharki nie dotykam, to odrębna dziedzina. Uczyłem się jako mechanik, znam się na tym. Mam taką zasadę, że jeżeli się rozwijam, to w tym w czym jestem dobry, gdzie wiem, o co chodzi.

 

JD: ­– Jest sezonowość w takich usługach?

ZP: – Wcześniej, powiedzmy 15 lat temu, wyglądało to tak, że jeżeli nadchodziła zima, mieliśmy ogrom pracy. Faktycznie były to prace sezonowe, bo samochody nie zapalały, problemy z układem paliwowym itp. Jeżeli chodzi o dzisiejsze czasy, to wszystko się odwróciło. Czyli maj, czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień – pełno zajęcia, pełno. A zimą mniej roboty.

 

JD: ­– Ciekawe, jak to wytłumaczyć? Turyści w wakacje?

ZP: – Nie. Myślę, że bierze się to stąd, że wiosną, latem firmy i kierowcy indywidualni bardzo dużo jeżdżą. A w zimie, zwłaszcza jeżeli są trudne warunki atmosferyczne, mniej używają samochodów. I mamy mniejsze obroty, odczuwam to od dawna.

 

JD: ­– Przystąpił pan do sieci Boscha w 2017 r. Oni do pana dzwonili, czy pan do nich?

ZP: – Z Boschem mam już długi kontakt. Kiedyś zakupiłem tester KTS 500, wtedy była to droga nowość. A jeśli chodzi o autoryzowany serwis, wcześniej chciałem do tego podejść, ale wymagania okazały się rygorystyczne. Teraz Bosch jest, w mojej ocenie, bardziej przyjazny, choć to oni wybierają. Skontaktowali się ze mną, ale brali pod uwagę też kilka zakładów w okolicy. Podszedłem do autoryzacji i jestem w sieci.  

 

JD: ­– A jakie są główne korzyści?

ZP: – Dla mnie Bosch to jakość usług oraz szkolenia dla pracowników, również dla mnie. Cały czas się kształcimy, to plus, naprawdę duży plus. Technika się rozwija, a Bosch jest, jakby nie było, w światowej czołówce. Klientów nie przybyło, bo istniejemy na rynku dłuższy czas i zawsze ich mieliśmy. Ale nie powiem, łatwiej teraz na nas trafić w internecie.

 

JD: ­– Obecnie, siłą rzeczy, oferuje pan więcej części Boscha?

ZP: – Tak, ale muszę powiedzieć, że ludzie przekonują się do nich. Oczywiście, wszystko konsultuję z klientem. Co innego w przypadku klienta flotowego – preferujemy i zakładamy części wysokiej jakości, z dobrą gwarancją. 

 

JD: ­– W jakich hurtowniach się pan zaopatruje?

ZP: – Auto Land i Inter Cars, te dwie. Głównie w Auto Landzie, bardzo fajna firma, przychylna, współpracujemy od bardzo wielu lat. Dbają, naprawdę dbają o swoich klientów.

 

JD: ­– Pan jest z wykształcenia samochodziarzem?

ZP: – Tak, technik-mechanik samochodowy, w branży jestem od szkoły zawodowej.

 

JD: ­– Pytam, bo czasami ludzie kończą technikum, a potem idą w zupełnie inne rejony.

 ZP: – Szkolę dużo uczni od lat i wiem, co się dzieje. Po prostu mała liczba uczni zostaje w tej branży.

 

JD: ­– Nie są zainteresowani samochodami, motoryzacją?

ZP: – Trzeba mieć jakiś dar, podejście do tej pracy. To trzeba lubić, że tak powiem. Ja to widzę od razu. Poza tym przed laty rynek motoryzacyjny był inny, zmienił się. Technika poszła do przodu, bardzo mocno. I fajnie, że w Działdowie mamy szkołę zawodową, która została bardzo dobrze wyposażona. Dzięki pomocy z Unii zakupiła urządzenia związane z samochodową elektroniką. To mi się podoba.

 

JD: ­– A starsi pracownicy, brakuje ludzi czy ma pan stałą załogę?

ZP: – Mam stałą załogę, od kilkunastu lat. Zgadza się, klienci też ich znają, czasem wskazują, który mechanik ma zająć się ich pojazdem. Jeżeli jest taka możliwość, nie ma problemu. Może mam jakiegoś pecha, bo kto spoza nich przyszedł do pracy, to odchodził po pół roku, po roku. Mam teraz czterech pracowników i 10 uczni.

 

JD: ­– Na pewno niektóre diagnozy są czasochłonne, trudno od razu ustalić przyczynę. Jak potem to wszystko wycenić?

ZP: – Na tym się nie zarabia, to tylko sama nauka, zbieranie doświadczenia. Niestety, nie jest to przeliczone na roboczogodziny, które poświęciliśmy. Bierze się skromne pieniądze, zostaje nauka.   

 

JD: ­– Plany na przyszłość?

ZP: – Przede wszystkim dorasta dwóch synów, są zainteresowani warsztatem, w wakacje pracują razem ze mną. Być może zainwestujemy w okręgową stację kontroli pojazdów, zobaczymy. Mi wystarczy to co jest, jeżeli synowie będą chcieli…

 

JD: ­– Na koniec chciałbym zapytać, co najbardziej przeszkadza w prowadzeniu takiego biznesu?

ZP: – Takie czasy nastały, że komunikacja z niektórymi klientami bywa trudna. A jeżeli chodzi o różne opłaty, o ZUS, to niestety jest jak jest. Trzeba się do tego przyzwyczaić i przystosować. No i w naszym rejonie stawka roboczogodziny jest skromna. Nie mam menedżera, nie mam sekretarki, załatwiam wszystkie takie sprawy. Ja rozmawiam z klientem, rozliczam klienta, zawsze jestem w temacie. Ale nie ulega wątpliwości, że w nieco większej firmie, taki sposób pracy byłby niemożliwy.

 

JD: – Dziękuję za rozmowę.

T&M nr 2/2019

Tekst: Jacek Dobkowski

T&M okładki

.             Obejrzyj online    OBEJRZYJ ONLINE